Co naprawdę wchodzi w cenę strony

Dwie oferty na tę samą stronę potrafią różnić się czterokrotnie. Różnica prawie nigdy nie leży w wyglądzie — leży w pozycjach, których w tańszej ofercie po prostu nie ma.

Dostajecie dwie oferty na tę samą stronę. Jedna na trzy tysiące, druga na dwanaście. Obie opisują „stronę firmową z formularzem kontaktowym", obie mają podobne zrzuty ekranu w portfolio.

Różnica prawie nigdy nie leży w wyglądzie. Leży w pozycjach, których w tańszej ofercie nie ma — nie dlatego, że ktoś oszukuje, tylko dlatego, że nikt o nie nie zapytał.

Co da się policzyć od razu

Projekt graficzny i kodowanie to zwykle jedna trzecia pracy. Reszta rozkłada się na rzeczy, które widać dopiero po uruchomieniu:

  • konfiguracja hostingu i certyfikatu SSL
  • kopie zapasowe i sprawdzenie, że da się z nich odtworzyć
  • formularz z mechanizmem zgód, który odpowiada wymogom RODO
  • wersje językowe, jeśli mają być
  • dane strukturalne i podgląd linku w komunikatorach
  • pomiar szybkości i dostępności przed publikacją, nie po zgłoszeniu

Żadna z tych pozycji nie jest widoczna na zrzucie ekranu. Wszystkie są widoczne w rachunku, jeśli trzeba je dorobić później.

Trzy pytania, które rozdzielają oferty

Na kogo zarejestrowana będzie domena? Jeśli na wykonawcę — strona nie jest do końca Wasza, i przekonacie się o tym w dniu, w którym zechcecie ją przenieść.

Czy dostaniemy dostęp do kodu i do serwera? Odpowiedź „damy panel administracyjny" nie jest odpowiedzią na to pytanie.

Co się stanie za rok? Aktualizacje, monitoring i wsparcie to osobna praca. Może być w cenie wdrożenia, może być abonamentem, może nie być w ogóle — ale musi być nazwana, zanim podpiszecie.

Kiedy tania oferta jest w porządku

Często. Strona wizytówkowa na pięć podstron, bez integracji, bez wersji językowych, z treścią, którą dostarczacie sami — to naprawdę może kosztować trzy tysiące i być dobrze zrobione.

Problem zaczyna się wtedy, gdy tania oferta jest odpowiedzią na drogie wymagania. Wtedy różnica nie znika. Ona się tylko przesuwa na później.

Czego nie sprawdzimy z zewnątrz

Patrząc na cudzą stronę widzimy, jak jest zrobiona technicznie: czy ładuje czcionki z zewnętrznych serwerów, czy ma certyfikat, czy odpowiada szybko, co widzi w niej robot wyszukiwarki. Tego nie trzeba zgadywać — to się mierzy, i my to mierzymy bezpłatnym skanem.

Nie zobaczymy natomiast, co było w umowie. Ani ile z tego, co widać, powstało w cenie, a ile jako poprawki po fakcie.

Jeśli macie przed sobą dwie oferty i nie wiecie, skąd bierze się różnica — najprostsze, co możecie zrobić, to zadać oba pytania o domenę i o dostępy. Odpowiedzi zwykle wyjaśniają rachunek szybciej niż sama specyfikacja.

Macie u siebie ten sam problem?

Zacznijcie od bezpłatnego skanu — pokaże, czy to, o czym mowa wyżej, dotyczy Waszej strony. Albo umówcie rozmowę i przejdziemy przez to razem.

lubZostaw numer — oddzwonię